niedziela, 30 grudnia 2007

Pocztówka

I stało się, zerwał się wiatr. Las rozkołysał się na dobre. Nic nie wskazywało na to, by nie miało wkrótce padać. Było późne letnie popołudnie, ale niebo było przysłonięte szarymi chmurami, więc miało się wrażenie, że w ciągu paru chwil nastał wieczór. Przynajmniej Emilce tak się zdawało. Stała u stóp wzgórza, całkiem pokrytego gęstym, sosnowym lasem. Dalej zaczynało się pole przecięte piaszczystą ścieżką prowadzącą do wsi. Ale ścieżka była daleko, a Emilka nie miała czasu. Zaczęła biec przez pole. Nabrzmiałe od dojrzałego ziarna kłosy chłostały ją, jakby broniły się przed niespodziewanym wtargnięciem intruza. Ale Emilka nie była intruzem. Musiała przemóc się i biec. Biec zanim będzie za późno. „Po wojnie, już po wojnie! Tatuś wrócił cały w bandażach i niedawno zmarł. A przecież będzie jeszcze straszniejsza, a potem inne, mniejsze i tak dalej. Wiem, wiem, dlaczego ja wiem? To niesprawiedliwe!”. Mało brakowało i Emilka poddałaby się. Zwolniła na moment, a jej błękitne oczy zwilgotniały. Czuła się już słaba, a przecież była taka malutka. W tym momencie wiatr zawiał gwałtowniej przypominając o pośpiechu. Jednak pomógł jej trochę popychając ją lekko w plecy i rozczesując drogę poprzez kłosy. Kłosy, które jeszcze są takie niewinne. Tylko co do młyna, piekarni i na stół. „Po drugiej wojnie będzie jeszcze gorzej” pomyślała Emilka, zacisnęła piąstki i jeszcze szybciej ruszyła.

Z góry wygląda to trochę inaczej. To znaczy wyglądałoby, gdyby nie ciemne chmury. Ale wyobraźmy sobie, że ich nie ma. Ciemnozielone pasma gór, między nimi żółte łany pól i małe różnokolorowe klocki. Mało klocków tworzy wieś. Dużo klocków miasto, a jeszcze więcej... Było widać jeszcze niebieską wstążkę rzeki i niteczki dróg. I całkiem nową dróżkę. Dróżkę, która sama się tworzyła. Przed nią tylko kłosy, za nią – już dróżka. Nietrwała i blada, ale własna i dróżka. Dróżkę rysuje mała dziewczynka w granatowej sukience z prostego sztywnego materiału. Niezbyt widać jej główkę bo włosy mają kolor kłosów. Biegnie i rysuje. Sama. Być może za kilkadziesiąt lat przebiegnie tędy gruba asfaltowa wstęga i zniszczy sens nietrwałej i bladej. Ale na razie Emilka biegnie.

Pole kończy się. Proste włosy Emilki są teraz potargane przez wiatr, bieg i kłosy. Jeszcze parę kroków i dziewczynka wypada na drogę przechodzącą przez środek wsi. A teraz, uwaga! Ale dziewczynka jest mądra i wie co robić. Nie może być zdyszana i taka zaniepokojona. Zaraz przyszli by dorośli, albo inne dzieci i były by pytania. Głupie pytania. Emilka przystanęła na moment i choć małe serduszko waliło jej z całej siły, ona stała spokojnie. Poczekała, aż oddech stanie się równy a kłosy wrócą na swoje miejsce. Mądrze wiał wiatr, szybko wymazał resztki niepotrzebnej już dróżki i przygładził włosy na główce dziewczynki.

Spokojnie, przez wieś i do przodu. Na szczęście wszyscy byli czymś zajęci. Przy pierwszej chałupie stał pies i niespokojnie węszył w powietrzu. Czuł nadchodzącą burzę. Nagle dostrzegł w oczach Emilki to, co starała ukryć przed ludźmi. Zamachał ogonem i wesoło zaszczekał. Podbiegł do dziewczynki i pozwolił się pogłaskać. Czując niesamowicie dziwne ciepło dłoni Emilki na łbie zrozumiał, że jego pra-pra-wnuki już nie będą miały tak jak on. Większość z nich całymi dniami będzie siedziała w szufladkach wielkich szarych klocków. A wyjścia nie będą już takie częste i przyjemne. Poczuł się szczęśliwy i pobiegł na Emilką. Postanowił ją bronić mimo, że najchętniej przeczekałby burzę w swojej budzie.

Przy drugiej chałupie jakaś gruba kobieta szybko zbierała pranie suszące się na podwórku. Klęła na męża pijaka leżącego w domu. Bała się że sama nie zdąży, a chmury były coraz gęstsze. Trzecia chałupa była opuszczona. Wieś miała jeszcze parę domów, ale one były podobne do dwóch pierwszych. Koty pochowane po piwniczkach miauczały żałośnie i patrzyły w niebo, owady pod listkami kuliły się już, a co starsze płoty skrzypiały od wiatru.

Przy ostatniej chałupie skręciła na pobliską łąkę i zaczęła biec. Wiedziała, że teraz nikt jej nie zobaczy, bo wszyscy starali się schować do domów. Ludzie bali się burzy. Nie zauważyła, że za nią biegł ktoś jeszcze. Ona nie, ale pies odwrócił się i zaczął warczeć. Emilka przystanęła. Zbliżała się do niej jakaś dziewczynka. Biała sukienka i czarne włosy.
Pozwól mi biec z tobą, Emilko – poprosiła.
Dobrze, nieznajoma dziewczynko, o ile nie będziesz zadawać głupich pytań.
Nie będę, obiecuję.
Pobiegły razem. Szczęśliwe, wietrzne i polne. Między nimi biegł czarny pies. Dobiegły do końca łąki. Dalej zaczynało się pole. Na miedzy rosły krzaki i kilka drżących brzózek. Niedaleko była stara stodoła.

Z góry wyglądałoby to trochę inaczej. Ciemnozielone pasma gór, między nimi żółte łany pól i małe różnokolorowe klocki. Mało klocków tworzy wieś. Dużo klocków miasto, a jeszcze więcej... Gdyby wyobrazić sobie, że zaraz nie zacznie się burza, koło klocków można by zobaczyć małe ludziki. Śmieszne i śmiertelnie groźne dla swego świata. Coraz więcej tych ludzików i nigdy nie przestaną się więcić. Nie ma już silniejszych niż oni zwierząt na tej planecie, które by mogły ich powstrzymać. Jak Bóg mógł się tak pomylić?

Z góry widać dwie dziewczynki i psa idącego ścieżką między łąką a polem. Chyba nie rozmawiają a pies jest wesoły. Widać ciemny prostokąt starej stodoły i jeszcze wiele innych rzeczy, ale my poprzestaniemy na tym. Widać jak dziewczynka w białej sukience pochyla się niespodziewanie i zrywa żółte kwiatki. Dogania Emilkę i wręcza jej bukiecik.
Dziękuję, ale dlaczego ? – pyta zaskoczona Emilka.
No i kto tu zadaje głupie pytania? – śmieje się nieznajoma – to przecież zaraz, jest ponuro, a te kwiatki są ładne.
Wiesz, że zaraz chcę pomyśleć dla nich ? – oczy Emilki powiększyły się.
Nie wiedziała, czy cieszyć się, czy smucić, że nieznajoma dziewczynka znała jej tajemnicę. Po szybkim namyśle uznała, że to jednak dobrze.
– Dziękuję – powiedziała i uśmiechnęła się.

Zbliża się burza i naprawdę za chwilę będzie padać.

Teraz.

Emilka odwraca się tyłem do stodoły. Ma ją z tyłu po lewej. Po prawej widać brzózki i krzaki. Widać też łąkę i trochę pola. Na horyzoncie ciemnozielone pasmo gór. Nad tym wszystkim szarobure chmury. Sama Emilka chce się uśmiechnąć, ale ja sobie pomyśli o tych, do których ma przesłać myśl, robi jej się bardzo smutno. Jest jeszcze dzieckiem i nie umie zakładać masek, jej buzia wygląda więc teraz tak, jak jej myśli. Jej proste, krótkie jak na dziewczynkę włosy opadają na twarz. Oczy są głębokie i smutne. Zamknięte usta. W prawej rączce trzyma mały bukiet polnych kwiatów. Rzeczywiście, dobrze wyglądają na tle granatowej sukienki. Deszcz jeszcze nie pada więc jakoś to wygląda. Emilka zaczyna.

Pozdrawiam was ludziki. Jest koniec sierpnia 1929 roku. Nie będę myślała o was źle, nie mogę chyba tak myśleć. Chcę wam powiedzieć, że u mnie wszystko dobrze. Są lasy i pola i łąki. U was tego coraz mniej i będzie jeszcze mniej. Za to was coraz więcej. Coraz więcej kłótni między wami. Coraz więcej dzieci nie ma swoich tatusiów i swoich mam. Zabijacie się, a to bardzo nieładnie. Czas w którym ja żyję jest zły, ale jest jeszcze gdzie uciec i się schować. No i nie ma tak dużo ludzików. Pewnie razi Was moja naiwność, ale pocieszam się tym, że wy jeszcze mnie rozumiecie, bo wasi wnukowie już nie. Dla was żółte kwiatki. Martwię się o was, współczuję wam. Cieszę się, że nie żyję w waszych czasach, bo ja bardzo kocham życie. Wszystko, co mam wam do powiedzenia znajdziecie w moich oczach. Do widzenia, a raczej do myślenia ludziki. Do myślenia! Zanim zacznie padać. Zanim to wszystko zacznie padać...



1 komentarz:

włóczka pisze...

Milcząc od dłuższego czasu nagle zorientowałam się, że wrażenie niezapisane, a wciąż trwa. Niesamowity tekst. Wciąż wciąga magicznie przebijając się między słowami zaklęciem, które ogarnia mnie wciąż na nowo z każdym spojrzeniem w te oczy. Tak. Magia. Dziękuję