niedziela, 6 styczeń 2008

Mirabelka czy Almeria?

Nie wiem skąd... Tamta księżniczka z bajki układanej gdzieś w nocy na polanie... Wyszła po prostu któregoś dnia z naszej wyobraźni i stała się.


-1-

Księżyc oświetlał wyraźnie polanę, na której wysokie trawy kołysały się nieznacznie. Prawie nie było wiatru.

Mirabelka czy Almeria?
(rys. Parabolka)

Mirabelka w swej delikatnej, błękitnej księżniczkowej sukni powoli szła przed siebie. Gwiazdy świeciły prawie tak samo jasno co Pan Księżyc, jak go w myślach nazwała. Szła. Przy ścianie lasu, tak jej się wydadawało, bo dalej naprawdę była tylko niewielka linia drzew za ktorą leżało pole ze starym sadem i samotną kobietą w dużym gospodarstwie. Ale o tym Mirabelka nie wiedziała.
Spaliśmy już wtedy, kiedy księżniczka odkryła wejście do budynku, oraz wieżę ze starymi schodami.
Cały ten niewielki zameczek był biały i co dziwne nie tyle stary, co nigdy nie ukończony, a stary. To bylo troche tak jak coś, co zaczęło się już starzeć, ale tym czym miało być przed zestarzeniem włąściwie nigdy się nie stało tak do końca.
- Ja się stałam na pewno - pomyślała w duchu Mirabelka, choc wcale nie dlatego, żeby się w tym upewnić. Pomyślała, żeby nie czuć się samotnie. Bo czuła się z lekka samotnie.
Na szczycie zameczku był nieogrodzony, smołowany dach i jeszcze bliższe niebo z Panem Księżycem i jego Gwiazdami. Czemu pomyślała że były jego? Może dlatego, że świecili wszyscy, ale okrąg wokół Pana Księżyca był w samym centrum lśnienia.
Proste, naiwne myśli. Jak nie Księżniczka. No ale z drugiej strony Mirabelka istniała za krótko, żeby poczuć co to znaczy Księżniczka. wiedziała tylko że była nią. Choćby po tym, że nosiła księżniczkową sukienkę.
Zeszła z powrotem. Kusiło ją alby zwiedzić również lochy zameczku, ale było tam za ciemno i trochę strasznie, a księżniczce nawet jeśli się nie bała jak Mirabelka teraz, po prostu nie wypadało.
Wyszła z zamku. Poszła w kierunku zauważonej starej chaty. Widać było że mieszkańcy dawno opuścili domostwo. Belki w dachu przegniły i dach prawie zapadł się do środka. Ale dało się wejść do środka. Mirabelka zobaczyła przez starą, zakurzoną szybkę stare łóżko i popękany, brudny kaflowy piec.
Noc w pełni. Magicznie na polanie obok lasu... Poszła dalej, w kierunku polany ze starym, ale niskim mimo to sadem. "Aha, to już druga rzecz w stylu niezbudowanego-ale-starego-zameczku. Absurdalnie piękna ta noc. Miło być taką Księżniczką". Myślała Mirabelka przedzierając się przez posrebrzane przez Pana Księżyca delikatne trawy.


-2-

Tak w zachwycie idąc przez noc, Mirabelka nie mogła zauważyć kiedy ze starej chaty wybiegło małe stworzonko. Ruchliwe, ciekawskie ale trochę strachliwe. Mieszkało za tamtym starym kaflowym piecem, a przez to że w swoim życiu widywało tylko Myszy, Pająki i Ptaki, to trochę zdziczało.
Mirabelka była z innego świata. Była Księżniczką, choć biedne stworzonko nawet nie wiedziało, kto to jest Księżniczka. I jak ma na imię. Ha! Stworzonko, mimo że zdziczałe troszeczkę miało imię. Nawet mimo że nie miało pojęcia co to jest pismo, wiedziało jak jego imię wygląda.
Stworzonko nazywało się Tonik.

Bardzo spodobało mu się to słowo. Tonikiem był od kilku miesięcy. Wtedy to dwóch turystów odpoczywało na polanie koło jego chaty rozmawiało o czymś i kilkakrotnie powiedziało "Tonik", lub "Toniku" . Potem pili coś przeźroczystego z plastykowej butelki. Z zachwytem powtarzali to słowo. Potem zostawili puste naczynie i poszli dalej. Stworzonko wybiegło przed chatkę, porwało butelkę do środka i postawiło pod starym stołem stojącym niedaleko pieca, za którym mieszkał. Zastanawiało się trochę, które z dwóch podobnych słów podobało mu się bardziej...
- Tonik... - powtorzyło z pamięci powoli Stworzonko i już wiedziało jak ma na imię. Nie musiało nawet myśleć drugim słowie, "Toniku" (myślenie sprawia małym stworzonkom trochę więcej wysiłku niż np. Księżniczkom)



- Tonik..., jestem Tonik, pomyślało stworzonko raz jeszcze.
(rys. Parabolka)


Tonik widział Mirabelkę dobrze. Szła w niewielkiej jak dla Księżniczki, ale wielkiej jak dla Tonika odległości. Ponieważ stworzonko bało się przestraszyć Mirabelkę, zachowywało się cicho.
Księżniczka szła powoli. Zachwycała się, chłonęła tą magiczną noc. Pierwszą noc w jej życiu. Zbliżała się do starego-ale-niskiego sadu. Szła pośrodku dwóch rzędów drzew tworzących ten długi, ale wąski owocowy ogród. Niedaleko było jakieś gospodarstwo. Mieszkała tam samotna gospodyni. Widać było światło zapalone w oknie. Ale całość spowijał mrok.
Tonik wyprzedził Mirabelkę.
Wzgórze obniżało się. Aleja sadu kończyła się połączeniem z piaszczystą drogą, przecinającą łągodnie opadający garb wzgórza.
Stworzonko zobaczyło teraz Mirabelkę. Jej twarz z lewej strony zdobiła długa grzywka. Z prawej lśniące w świetle Pana Księżyca i jego Gwiazd włosy, były przycięte krócej. Stworzonko nigdy nie widziało kogoś tak pięknego i delikatnego jak Ona. Suknia lśniła delikatnie.
Tonik patrzył i patrzył....
Wiedział że droga prowadzi do wsi, a idąc w drugim kierunku natknie się na stary cmentarz. Tam było bezpiecznie. Tonik postanowił wyprzedzić Mirabelkę i pomknął w drogę zmianiającą się w delikatny wąwóz wzdłuż ktorego rosły rzędy wysokich drzew.
Zaczynał się las...


cdn?


na marginesie

hm... że tak się Agravka przyzna...
inspiracja postacią ze Świata Dysku pana Pratchetta

Ogólnie Andrews, który
Posiadał osiem osobowości (Jossi, lady Hermiona, Sidney, pan Viddle, Kędzierzawy, Sędzia, Druciarz, Burke). Mieszkał pod Bezprawnym Mostem wraz z Kaczkomanem, Kaszlakiem Henrym, Arnoldem Bocznym i Paskudnym Starym Ronem.
Mirabelka tylko dwie osobowości. No i nie jest żadna "ogólnie". Szczególna jest.
Co do Almerii to może kiedyś się w niej ujawni. ale to zupełnie inna bajka...

środa, 2 styczeń 2008

Noworoczny spokój oczekiwania




Nowy, 2008... co to znaczy tak naprawdę.
Przemieszaczam się w światach internetowych, realnych i wyobrażeniowych.
Każdy inny, ale pewne cechy wspólne.
Jak kolorowe bombki na tej samej choince.
Rózne rozmiary, kolory, wzory, ksztaty.
Ale drzewko to samo. I to ja je tam wieszam.
Przeglądam się w nich, one przeglądają się szkliście w sobie
śmieją się wirują...

Jeszcze tylko pomysły, który przyjdzie..
Różny. Na przyklad:
Na kosmatego, malego, zaaferowanego życiem Tonika, pewnie bliskiego krewnego Titi-uuu z Doliny Muminkow.
Almeria też jeszcze śpi.
Rysunków, rysunków troche brak, a mi tylko Paraboliczne lub Włóczkowe tutaj pasują
Agravka tez jeszcze nie dopięta do końca
Lubię tu być.
Lubię kochać.
Noworoczny spokoj oczekiwania...

niedziela, 30 grudzień 2007

Pocztówka

I stało się, zerwał się wiatr. Las rozkołysał się na dobre. Nic nie wskazywało na to, by nie miało wkrótce padać. Było późne letnie popołudnie, ale niebo było przysłonięte szarymi chmurami, więc miało się wrażenie, że w ciągu paru chwil nastał wieczór. Przynajmniej Emilce tak się zdawało. Stała u stóp wzgórza, całkiem pokrytego gęstym, sosnowym lasem. Dalej zaczynało się pole przecięte piaszczystą ścieżką prowadzącą do wsi. Ale ścieżka była daleko, a Emilka nie miała czasu. Zaczęła biec przez pole. Nabrzmiałe od dojrzałego ziarna kłosy chłostały ją, jakby broniły się przed niespodziewanym wtargnięciem intruza. Ale Emilka nie była intruzem. Musiała przemóc się i biec. Biec zanim będzie za późno. „Po wojnie, już po wojnie! Tatuś wrócił cały w bandażach i niedawno zmarł. A przecież będzie jeszcze straszniejsza, a potem inne, mniejsze i tak dalej. Wiem, wiem, dlaczego ja wiem? To niesprawiedliwe!”. Mało brakowało i Emilka poddałaby się. Zwolniła na moment, a jej błękitne oczy zwilgotniały. Czuła się już słaba, a przecież była taka malutka. W tym momencie wiatr zawiał gwałtowniej przypominając o pośpiechu. Jednak pomógł jej trochę popychając ją lekko w plecy i rozczesując drogę poprzez kłosy. Kłosy, które jeszcze są takie niewinne. Tylko co do młyna, piekarni i na stół. „Po drugiej wojnie będzie jeszcze gorzej” pomyślała Emilka, zacisnęła piąstki i jeszcze szybciej ruszyła.

Z góry wygląda to trochę inaczej. To znaczy wyglądałoby, gdyby nie ciemne chmury. Ale wyobraźmy sobie, że ich nie ma. Ciemnozielone pasma gór, między nimi żółte łany pól i małe różnokolorowe klocki. Mało klocków tworzy wieś. Dużo klocków miasto, a jeszcze więcej... Było widać jeszcze niebieską wstążkę rzeki i niteczki dróg. I całkiem nową dróżkę. Dróżkę, która sama się tworzyła. Przed nią tylko kłosy, za nią – już dróżka. Nietrwała i blada, ale własna i dróżka. Dróżkę rysuje mała dziewczynka w granatowej sukience z prostego sztywnego materiału. Niezbyt widać jej główkę bo włosy mają kolor kłosów. Biegnie i rysuje. Sama. Być może za kilkadziesiąt lat przebiegnie tędy gruba asfaltowa wstęga i zniszczy sens nietrwałej i bladej. Ale na razie Emilka biegnie.

Pole kończy się. Proste włosy Emilki są teraz potargane przez wiatr, bieg i kłosy. Jeszcze parę kroków i dziewczynka wypada na drogę przechodzącą przez środek wsi. A teraz, uwaga! Ale dziewczynka jest mądra i wie co robić. Nie może być zdyszana i taka zaniepokojona. Zaraz przyszli by dorośli, albo inne dzieci i były by pytania. Głupie pytania. Emilka przystanęła na moment i choć małe serduszko waliło jej z całej siły, ona stała spokojnie. Poczekała, aż oddech stanie się równy a kłosy wrócą na swoje miejsce. Mądrze wiał wiatr, szybko wymazał resztki niepotrzebnej już dróżki i przygładził włosy na główce dziewczynki.

Spokojnie, przez wieś i do przodu. Na szczęście wszyscy byli czymś zajęci. Przy pierwszej chałupie stał pies i niespokojnie węszył w powietrzu. Czuł nadchodzącą burzę. Nagle dostrzegł w oczach Emilki to, co starała ukryć przed ludźmi. Zamachał ogonem i wesoło zaszczekał. Podbiegł do dziewczynki i pozwolił się pogłaskać. Czując niesamowicie dziwne ciepło dłoni Emilki na łbie zrozumiał, że jego pra-pra-wnuki już nie będą miały tak jak on. Większość z nich całymi dniami będzie siedziała w szufladkach wielkich szarych klocków. A wyjścia nie będą już takie częste i przyjemne. Poczuł się szczęśliwy i pobiegł na Emilką. Postanowił ją bronić mimo, że najchętniej przeczekałby burzę w swojej budzie.

Przy drugiej chałupie jakaś gruba kobieta szybko zbierała pranie suszące się na podwórku. Klęła na męża pijaka leżącego w domu. Bała się że sama nie zdąży, a chmury były coraz gęstsze. Trzecia chałupa była opuszczona. Wieś miała jeszcze parę domów, ale one były podobne do dwóch pierwszych. Koty pochowane po piwniczkach miauczały żałośnie i patrzyły w niebo, owady pod listkami kuliły się już, a co starsze płoty skrzypiały od wiatru.

Przy ostatniej chałupie skręciła na pobliską łąkę i zaczęła biec. Wiedziała, że teraz nikt jej nie zobaczy, bo wszyscy starali się schować do domów. Ludzie bali się burzy. Nie zauważyła, że za nią biegł ktoś jeszcze. Ona nie, ale pies odwrócił się i zaczął warczeć. Emilka przystanęła. Zbliżała się do niej jakaś dziewczynka. Biała sukienka i czarne włosy.
Pozwól mi biec z tobą, Emilko – poprosiła.
Dobrze, nieznajoma dziewczynko, o ile nie będziesz zadawać głupich pytań.
Nie będę, obiecuję.
Pobiegły razem. Szczęśliwe, wietrzne i polne. Między nimi biegł czarny pies. Dobiegły do końca łąki. Dalej zaczynało się pole. Na miedzy rosły krzaki i kilka drżących brzózek. Niedaleko była stara stodoła.

Z góry wyglądałoby to trochę inaczej. Ciemnozielone pasma gór, między nimi żółte łany pól i małe różnokolorowe klocki. Mało klocków tworzy wieś. Dużo klocków miasto, a jeszcze więcej... Gdyby wyobrazić sobie, że zaraz nie zacznie się burza, koło klocków można by zobaczyć małe ludziki. Śmieszne i śmiertelnie groźne dla swego świata. Coraz więcej tych ludzików i nigdy nie przestaną się więcić. Nie ma już silniejszych niż oni zwierząt na tej planecie, które by mogły ich powstrzymać. Jak Bóg mógł się tak pomylić?

Z góry widać dwie dziewczynki i psa idącego ścieżką między łąką a polem. Chyba nie rozmawiają a pies jest wesoły. Widać ciemny prostokąt starej stodoły i jeszcze wiele innych rzeczy, ale my poprzestaniemy na tym. Widać jak dziewczynka w białej sukience pochyla się niespodziewanie i zrywa żółte kwiatki. Dogania Emilkę i wręcza jej bukiecik.
Dziękuję, ale dlaczego ? – pyta zaskoczona Emilka.
No i kto tu zadaje głupie pytania? – śmieje się nieznajoma – to przecież zaraz, jest ponuro, a te kwiatki są ładne.
Wiesz, że zaraz chcę pomyśleć dla nich ? – oczy Emilki powiększyły się.
Nie wiedziała, czy cieszyć się, czy smucić, że nieznajoma dziewczynka znała jej tajemnicę. Po szybkim namyśle uznała, że to jednak dobrze.
– Dziękuję – powiedziała i uśmiechnęła się.

Zbliża się burza i naprawdę za chwilę będzie padać.

Teraz.

Emilka odwraca się tyłem do stodoły. Ma ją z tyłu po lewej. Po prawej widać brzózki i krzaki. Widać też łąkę i trochę pola. Na horyzoncie ciemnozielone pasmo gór. Nad tym wszystkim szarobure chmury. Sama Emilka chce się uśmiechnąć, ale ja sobie pomyśli o tych, do których ma przesłać myśl, robi jej się bardzo smutno. Jest jeszcze dzieckiem i nie umie zakładać masek, jej buzia wygląda więc teraz tak, jak jej myśli. Jej proste, krótkie jak na dziewczynkę włosy opadają na twarz. Oczy są głębokie i smutne. Zamknięte usta. W prawej rączce trzyma mały bukiet polnych kwiatów. Rzeczywiście, dobrze wyglądają na tle granatowej sukienki. Deszcz jeszcze nie pada więc jakoś to wygląda. Emilka zaczyna.

Pozdrawiam was ludziki. Jest koniec sierpnia 1929 roku. Nie będę myślała o was źle, nie mogę chyba tak myśleć. Chcę wam powiedzieć, że u mnie wszystko dobrze. Są lasy i pola i łąki. U was tego coraz mniej i będzie jeszcze mniej. Za to was coraz więcej. Coraz więcej kłótni między wami. Coraz więcej dzieci nie ma swoich tatusiów i swoich mam. Zabijacie się, a to bardzo nieładnie. Czas w którym ja żyję jest zły, ale jest jeszcze gdzie uciec i się schować. No i nie ma tak dużo ludzików. Pewnie razi Was moja naiwność, ale pocieszam się tym, że wy jeszcze mnie rozumiecie, bo wasi wnukowie już nie. Dla was żółte kwiatki. Martwię się o was, współczuję wam. Cieszę się, że nie żyję w waszych czasach, bo ja bardzo kocham życie. Wszystko, co mam wam do powiedzenia znajdziecie w moich oczach. Do widzenia, a raczej do myślenia ludziki. Do myślenia! Zanim zacznie padać. Zanim to wszystko zacznie padać...



czwartek, 27 grudzień 2007

coś było

widziałam... widziałam to. Taka jesień. Kończąca, uspakajająca lato. Kolory przeszły z soczystej zieleni i jaskrawej żółci w poważny brąz i kruchy pomarańcz. Świat wyhamował.
Zapachy zwilgotniały. Bardziej aksamitne światło Słońca malowało korę, ktora właścieiw niewiele się zmieniła. Niedostrzegalne dla większości istot rozciągnięte w czasie ruchy roślin stały się bardziej przemyślane.
Narodziły się dojrzałe nasiona, gotowe przezimować w szczelinach gałęzi, pnączy, mchów, liści, kamieni.

W lesie wszędzie jest wszystko.
A wszystko naprawdę.

widziałam... bardzo powoli widziałam tą jesień.
Stała w sukni i patrzyła na dziwnie jeszcze zielone pole.
W oddali, bardzo w oddali był dom, stodoła i maluteńki traktor na horyzoncie. Jakby świat ludzi była odrębną rzeczywistościa.

teraz ten płatek teraz.
a tamta jesień jak sen

będzie coraz zimniej

Tej zimy, tej...

...wybiega spod liści. Malutkie, kosmate i zaspane. Zaczyna węszyć. Zima, zima pachnie. Drzewa zamarłe w oczekiwaniu milczą, ale też trochę sie boją. Podbiega do najbliższego i przytula sie do chłodnej kory. Coś wewnątrz szumi cicho z wdzięcznościa.
...odwraca się. Las milczy. Nie ma wiatru.
Pierwszy płatek śniegu opadł w igliwie pod sosną.
... trzeba się schować i to dobrze.
Tej zimy, tej...

...

Jestem